• Opublikowano:
  • Wyświetlono: 21391

Ścigany, niewypłacalny

- Jestem jak Janosik – twierdzi Andrzej, przedsiębiorca ukrywający się przed wierzycielami i komornikiem. – Wyjęty spod prawa, zabrałem bogatym, a dałem biednemu, czyli sobie – śmieje się 35-latek z szopą ciemnoblond włosów i lekką nadwagą. Od ponad 10 lat ukrywa się przed wierzycielami. Jak to robi?

Spotykamy się w ośrodku położonym pośrodku lasu, opustoszałym po sezonie. Puste wnętrze ze snującym się leniwie kelnerem podkreśla atmosferę beznadziejnej sytuacji dłużnika. Jednak Andrzej jest jak najdalszy od rozpaczania nad swoją sytuacją życiową. Co prawda jego długi wraz z odsetkami przekraczają już kilkaset tysięcy ("dokładnie nie wiem ile, przestałem sprawdzać, to bez sensu"), ale Andrzej prowadzi firmę i całkiem nieźle mu się powodzi. Jak to możliwe z komornikiem na karku?

- Jadę do jakiejś wioski, najlepiej dawnego PGR-u, gdzie bieda aż piszczy. Tam znajduję bezrobotną dziewczynę – tłumaczy Andrzej metodę funkcjonowania firmy. – Potem ona zakłada na siebie działalność gospodarczą, zakłada konto w banku, a mnie zatrudnia jako dyrektora generalnego z najniższą krajową pensją. Jednocześnie daje mi potwierdzone notarialnie pełnomocnictwa do pełnego zarządzania firmą, wystawiania rachunków, występowania przed organami administracji.

W ten sposób można prowadzić firmę, a komornik może obejść się smakiem. Nie może zająć konta firmowego, bo oficjalnie przedsiębiorstwo nie należy do zadłużonego Andrzeja. Nawet pensji "dyrektora generalnego" nie może ruszyć, bo minimum socjalne jest wyłączone spod egzekucji. I interes się kręci.

Tylko dlaczego właśnie dziewczyna?

- Dziewczyny są spokojniejsze, nie starają się brać więcej niż dostają – wyjaśnia Andrzej. – Faceci wcześniej czy później próbują cię okantować. Ot, taka samcza natura.

Bezskuteczni

Andrzejowi udaje się uciekać przed wierzycielami już ponad 10 lat. Od tej pory zmienił kilkakrotnie miejsce zamieszkania, pracy, zakładał i zamykał kolejne firmy. Nauczył się wynajdować luki w przepisach umożliwiające mu funkcjonowanie na obrzeżach prawa.

Nie jestem cwaniakiem, który nabrał pożyczek, a teraz nie chce mu się ich spłacać – mówi. – Nikt nie lubi się ukrywać, gdyby tylko pozwolono mi normalnie spłacać dług, to zrobiłbym to – deklaruje.

Nie pozwolono mu. Odsetki karne, umowne, prowizje firm windykacyjnych i komorników powodowały, że dług rósł szybciej, niż Andrzej był w stanie go spłacać.

Kamil Basaj zna niejeden podobny przypadek. Prowadzi firmę Connect pomagającą tym, którzy nie są w stanie spłacić swoich długów. Negocjuje z bankami w ich imieniu, ustala niższe raty, za to rozłożone na dłuższy okres. Ustala warunki wycofania karnego oprocentowania. Czasami udaje się, czasami banki są nieugięte.

Rachunek jest prosty – tłumaczy Kamil Basaj. – Jeśli miesięcznie odsetki - właściwe, karne i inne - wynoszą 500 zł, a klientowi można zająć w miesiącu 400 zł, to bank nie idzie na ugodę. Bardziej opłaca mu się ściągać od dłużnika haracz przez wiele lat. W ten sposób zostaje się dożywotnim dłużnikiem.

Jeśli dłużnicy ukrywają się w szarej strefie, wierzyciele wiedzą, że niczego siłą z nich nie ściągną, mogą tylko się dogadać. W slangu windykatorów nazywa się ich "bezskuteczni". Andrzej to jeden z nich.

Wykorzystać i wyrzucić

Jego historia przypomina setki innych opowieści o wczesnych latach polskiego kapitalizmu. W połowie lat 90 chciał wziąć sprawy we własne ręce. Miał dosyć pracy dla innych, założył firmę handlową. Złapał kontrakt życia - duży koncern branży spożywczej próbował wejść na polski rynek. Poszukiwali ludzi, którzy będą skłonni zbudować im sieć dystrybucji.

- Podpisaliśmy umowę, miałem dostawać procent od sprzedaży, zmiennym, jeśli uda mi się wprowadzić ich towar do sklepów w Polsce – opowiada Andrzej.

Wynajął magazyny, kupił samochody, zatrudnił ludzi. Wszystko z kredytów. Sam doglądał wszystkiego – każdy nowo zatrudniony przedstawiciel handlowy jeździł w pierwsze trasy z szefem, negocjował warunki z hurtowniami, a kiedy było trzeba zakasywał rękawy i pomagał ładować towar na ciężarówki. Efekty przeszły oczekiwania zachodnich szefów firmy, po pół roku towary koncernu były w każdym liczącym się sklepie w regionie. I wtedy na Andrzeja czekał zimny prysznic.

Na początku była mowa o tym, że jeśli osiągnę target, moja prowizja zmieni się, przez co rozumiałem. że wzrośnie – opowiada Andrzej. – Tymczasem kiedy pojechałem do centrali, powiedzieli mi, że teraz będę dostawał niższy procent od obrotu. Próbowałem protestować, ale pokazali mi aneks do umowy. Rzeczywiście było zapisane, że procent się zmieni, ale nigdzie nie stało, że wzrośnie.

Szybko okazało się, że Andrzej był potrzebny tylko do tego, by zbudować sieć dystrybucji. Kiedy była gotowa, koncern podpisał umowę z konkurencyjnym dystrybutorem, który zaproponował niższą marżę. Mógł sobie na to pozwolić, bo  przychodził na gotowe. Cała czarna robota, czyli wprowadzenie towaru do sklepów, została już wykonana. Andrzej został z upadającą firmą i niespłaconymi kredytami.

Pętla zadłużenia

Dalej wypadki potoczyły się szybko. Zamknięcie firmy, wypowiedzenie umów kredytowych przez banki, komornik.

Andrzej na spłatę zobowiązań oddał mieszkanie, działkę budowlaną, dwa samochody. I wciąż było mało. Zaczął pracować, a komornik zabierał połowę pensji. Mimo to dług wciąż rósł, bo karne odsetki były większe niż wysokość rat, jakie był w stanie miesięcznie płacić.

Andrzej starał się negocjować z bankami, mówił, że wszystko spłaci, ale niech przestaną naliczać karne odsetki. Banki zgadzały się, ale pod warunkiem oddania im najpierw 70 proc. długu. Andrzej nie miał takiej gotówki.

- Pamiętam, jak dyrektor banku powiedział mi prosto w oczy, że oni muszą zarobić na takich jak ja, żeby zrównoważyć straty przyniesione przez tych, którzy nie spłacają wcale – Andrzejowi zaciskają się szczęki, gdy o tym opowiada.

Pewnego dnia do jego domu wpadli pracownicy firmy windykacyjnej. Trzech wielkich facetów, zamknęli żonę i dzieci Andrzeja w jednym pokoju i zakazali dzwonić po policję. "Policję to my wezwiemy" - usłyszał z ich ust. Rzeczywiście po chwili pojawili się mundurowi, przywitali się z windykatorami jak ze starymi znajomymi. I w ich wersję uwierzyli: że gospodarz sam ich zaprosił do domu, a nie wdarli się, gdy tylko uchylił drzwi, że Andrzej awanturował się i groził im nożem.

- Następnego dnia poszedłem na skargę na posterunek, zadzwoniłem też do właściciela firmy windykacyjnej – opowiada Andrzej. – Przeprosił mnie, ale nie chciałem ryzykować, że to się powtórzy. Poza tym miałem dość odmawiania dzieciom wszystkiego, by zaspokajać żądania lichwiarzy. Powiedziałem "dość".

Zwierzyna łowna


Wyjechał nie podając nikomu nowego adresu. W ciągu następnych dwóch lat zmieniał miejsce zamieszkania kilkukrotnie, by nie zostać namierzonym przez komornika. Szybko znalazł słabość systemu ścigania dłużników.

- Kiedy się przemeldowujesz, to za każdym razem zmienia się rewir komornika, który ma za zadanie cię ścigać – tłumaczy Andrzej.

Jednak system jest zbyt zbiurokratyzowany. Zanim komornik dostanie wniosek i zacznie egzekucję, dłużnik już jest zameldowany gdzie indziej. Wierzyciel sprawdza w Urzędzie Stanu Cywilnego nowe miejsce i składa kolejny wniosek do odpowiedniego komornika. W nowym miejscu sytuacja powtarza się, tymczasem za każdą wszczętą egzekucję wierzyciel musi zapłacić, niezależnie od jej wyników. Często po kilku razach daje spokój nie chcąc mnożyć własnych kosztów.

Życie uciekiniera wymaga przede wszystkim dużej asertywności. Kiedy dług zostaje sprzedany firmom windykacyjnym, te zaczynają wywierać presję psychiczną na dłużnika. Niewiele więcej mogą zrobić, ale wykorzystują mechanizmy znane z psychologii.

To działa na ludzi, którzy są silnie uwikłani w relacje społeczne – mówi Andrzej. – Jeśli ktoś nie ma pieniędzy, a jednak daje co niedziela w kościele na tacę, bo "wszyscy dają", to jest stracony. Jeśli w młodości przejmował się każdą dwóją z klasówki albo robi co niedzielę porządki, bo "co sąsiedzi pomyślą", to już po nim. Na niego będą działały techniki windykacyjne, podda się i wtedy jest na widelcu.

Naciski zaczynają się od listów, które przysyłają firmy windykacyjne. - Skonstruowanych tak, by każde zdanie zawierało słowo-klucz, które ma negatywne skojarzenie: "komornik", "proces", "prokurator", byleby przestraszyć dłużnika – wyjaśnia Andrzej.

Kiedy przyszło pierwsze pismo, druk opatrzony był podobizną żółtego kruka, w kolejnym liście miał kolor czerwony, a ostateczne wezwanie do zapłaty złowieszczo ozdabiała czarna sylwetka ptaka. Innym razem dostał dwie zwykłe kartki pocztowe z tekstem "Jestem już w Polsce, odezwij się" i podany numer telefonu. Na Boże Narodzenie przyszły życzenia od firmy windykacyjnej, które zawierały prezent w postaci trzech dat – 40%, 30% i 20% anulowania długu, jeżeli im zapłacę w wybranym terminie. Oczywiście czym późniejszy termin, tym mniejszy upust.

- Nie mogli mnie namierzyć, więc pisma przychodziły na adres rodziców, gdzie oficjalnie byłem wtedy zameldowany – mówi Andrzej.

Nie tylko pisma, przyjeżdżali także windykatorzy. Słysząc, że Andrzej już nie mieszka u rodziców, wypytywali o niego sąsiadów, czy taki tutaj mieszka, jak często pojawia się, a jakim samochodem, czy widać, że ma pieniądze. Mimochodem informowali, że sąsiad ma kłopoty, jest winien pieniądze.

Rozmowa kontrolowana

Kolejny etap to telefony. Często bardzo wcześnie rano lub późnym wieczorem. O takiej porze nikt nie myśli szybko i jasno.

- Przechodzą na "ty", każą się tłumaczyć, a jak tylko zaczynasz, to od razu ci przerywają – opowiada Andrzej. – Jeśli zadeklarujesz termin spłaty, to nie zgadzają się, tylko podają własny. Ty mówisz, że za miesiąc, oni, że za dwa tygodnie.

Andrzej jest winien pieniądze wielu podmiotom, więc sąd na rozprawie o zbiegu egzekucji wyznaczył jednego poborcę i tylko z nim można negocjować spłaty. Mimo to od lat nie ma tygodnia, by nie dzwoniła jakaś firma windykacyjna i nie proponowała, by "po cichu" obejść kolejkę.

Windykator: Dzwonię w sprawie pańskiego długu. Wie pan, odsetki rosną, lepiej dla pana, jeśli spłaci pan to jak najszybciej, a my możemy wtedy pójść na rękę.
Andrzej: Ale został wyznaczony sądownie poborca, który decyduje o tym kto i w jakiej kolejności otrzyma pieniądze.
Windykator: Tak, wiemy, ale gdyby tak przypadkiem wszedł pan w posiadanie jakichś pieniędzy...
Andrzej: Jestem zobowiązany powiadomić o tym komornika.
Windykator: Rozumiem, ale wie pan, dług rośnie, są odsetki karne. Jednak jeśli teraz spłaciłby pan połowę, to bylibyśmy skłonni umorzyć panu resztę. Więc lepiej dla pana, gdyby pan mógł pożyczyć i spłacić to zadłużenie, bo inaczej będzie ono wciąż rosło.
Andrzej: Zdaje pan sobie sprawę, że właśnie namawia mnie pan do złamania prawa?
Windykator: Ja? Skądże.
Andrzej: Nagrywam tę rozmowę.
Trzask odkładanej słuchawki.

W szarej strefie


Andrzej zakładał kolejne firmy na członków rodziny. Oficjalnie właścicielem był brat, a Andrzej – jako najbliższa rodzina – jedynie "pomagał". Jednak problemem okazał się brak ubezpieczenia. Kolejne firmy rejestrował więc na podstawione osoby, a wreszcie wpadł na pomysł jak funkcjonować pod własnym nazwiskiem, a jednocześnie być nie do schwytania przez komornika.

- Po pierwsze trzeba sądownie ustanowić rozdzielność majątkową z żoną – tłumaczy Andrzej skomplikowany mechanizm. – Najlepiej z datą wsteczną, wystarczy udowodnić, że żona nic nie wiedziała o zobowiązaniach męża.

Wtedy długami druga połowa nie jest obciążona. Kolejny krok to wystąpienie przez żonę o alimenty na dzieci, wysokie, na które mąż przystaje. Potem mąż legalnie idzie do pracy, a żona zgłasza komornikowi, że nie dostaje alimentów. Komornik zajmuje pensję męża, alimenty są ściągane w pierwszej kolejności przed wszystkimi innymi wierzytelnościami i oddaje pieniądze żonie.

Jedynie trzeba się pogodzić z tym, że komornik potrąca swoje 15% prowizji – mówi Andrzej będący z kochającą żoną po fikcyjnym rozwodzie.

Dzisiaj prowadzi firmę zatrudniającą kilkanaście osób, ma wysokie dochody, wynajmuje dom pod miastem. Oczywiście nie powie, pod jakim. Co prawda zniknął dla wierzycieli, ale zdaje sobie sprawę, że do końca życia nie będzie w 100 procentach bezpieczny.

Zawsze może znaleźć się komornik, który podejdzie do sprawy ambicjonalnie i postanowi dokonać egzekucji długów.

Imię bohatera zostało zmienione na jego wyraźną prośbę

Autor: Konrad Dulkowski
źródło: Onet.pl


Komentarze   

logiczny
-1 #1 kamil basajlogiczny 2010-12-30 16:03
Mamy koniec 2010 roku i Pan Kamil Basaj sam nie płaci w terminie swoim partnerom we współpracy i nie reaguje na wezwania do zapłaty. Jesteśmy na etapie wezwania przedsądowego.

Portal WRC

  • Portal WRC powstał w 2009 roku
  • Odwiedza nas miesięcznie 43 tys. unikalnych użytkowników
  • Mamy najwięcej fanów spośród wągrowieckich redakcji
  • Zobacz nasz profil na:

Reklama

  • Niezależny Portal Powiatu Wągrowieckiego
  • Nr 1 w Powiecie Wągrowieckim
  • W naszej ofercie znajdziesz, bannery, materiały sponsorowane, filmy reklamowe oraz reportaże wideo.
  • Całą dobę sprawdzamy skrzynkę: [email protected]

ZAPYTAJ O OFERTĘ

X

Ostrzeżenie

© 2009-2019 Portal WRC. Wszystkie prawa zastrzeżone.